Klára Černá: Idź-stój-nie-odchodź

Niedawno przeprowadziłam się do dużego miasta i, oczywiście, ma to sens, że nie jest łatwo się po nim poruszać; to stare miasto z wąskimi chodnikami, które nie mieszczą wszystkich pieszych. Człowiek co chwila na kogoś wpada, co pięć kroków musi robić unik, a to z kolei przerywa jego tok myślenia. Nie potrafię już myśleć i rozwiązywać tylu rzeczy podczas spaceru, ale koniec końców można się do tego przyzwyczaić. Powiedziałam sobie, że wystarczy, jeśli przeniosę swoje zewnętrzne myśli gdzieś indziej i tam je przeprocesuję. Zaczęłam jednak zauważać, że właśnie te myśli, które ma się tylko na zimnym powietrzu, zaczęły do mnie wracać – ale nie dlatego, że więcej spacerowałam. Spędzałam po prostu więcej czasu na świeżym powietrzu, bo co chwila zatrzymywałam się w trakcie spaceru i stawałam w kolejkach, które wtedy formowały się w całym mieście. Tłumy ludzi gromadziły się na każdym rogu co trzeciej ulicy, ale początkowy dość szybko się rozchodziły. Czas oczekiwania wynosił 4–7 minut, więc dało się do tego przywyknąć. Krótko mówiąc, zaczęłam wchodzić w każdy zakręt, który chciałam pokonać, 4–7 minut wcześniej.

Zaczęłam chodzić po mieście, podążając według jego szczegółowego planu i zapisując czas, który spodziewałam się spędzić w oczekiwaniu na każdym zakręcie. Jednak rzeczywisty czas oczekiwania zaczął się stopniowo wydłużać. Coraz więcej czasu zajmowało mi nadpisywanie danych dla każdego zakrętu i tworzenie alternatywnych, szybszych tras. Poza tym radość z odkrywania nowych zakrętów, w które mogłam skręcić, zniknęła z moich przygód, ponieważ zaburzyłoby to porządek mojego rozkładu dnia. Czasami więcej czasu zajmuje planowanie niż sen.

Problemem, który stał się widoczny wraz z pojawieniem się kolejek, jest publiczna agresja. Jej skala jest wprost proporcjonalna do gwałtownych zmian temperatury i ciśnienia, które zdarzają się coraz częściej z dnia na dzień. Tylko przez kilka dni w roku można się naprawdę wygodnie ubrać, a jeśli temperatura lub ciśnienie są za niskie lub za wysokie, zawsze znajdzie się ktoś, kto zacznie kopać i krzyczeć, bo jest zdesperowany i chce uwolnić się z kolejki. Zamiast tego musi stać na każdym rogu przez około 10 minut, nawet gdy pada deszcz, a co około dwa tygodnie czas na każdą zmianę wydłuża się o około 2-4 minuty. Jakiś tydzień temu władze miasta rozważały możliwość wprowadzenia ruchu wahadłowego na chodnikach. W sąsiednim kraju maksymalna prędkość pieszych wynosiła 6 km/h.

Regularnie zdarza mi się, że jeden z przystanków komunikacji miejskiej, znajdujący się na trasie, którą planuję pokonać, akurat w dniu mojej podróży okazuje się zamknięty. Każdego dnia zamknięty jest wprawdzie inny przystanek, ale w końcu ja też każdego dnia obieram inną drogę. To dziwne i nie wiem, z czego to wynika, ale często – zbyt często – te dwie rzeczy się zbiegają, a ja w efekcie śpię jeszcze mniej. Spowalnia mnie też menstruacja, podczas której chodzę znacznie wolniej i szybciej się męczę. Zazwyczaj muszę przez to doliczyć 2–3 minuty do każdego zakrętu. W pierwszych dniach miesiączki to zwykle 3 minuty, a pod koniec już tylko około 30 sekund.

Czasem, kiedy mam wystarczająco dużo energii, co zdarza się rzadko, z powodu małej ilości snu, ja sama wyruszam na zakupy. Jak wspominałam wyżej, zaczęłam chodzić do sklepu w oparciu o dokładną mapę z legendą stworzoną w oparciu o porę dnia, o której strategicznie najlepiej jest odwiedzić dany sklep. W miejscu w którym jestem, to między 10:00 a 11:00 we wtorki i około 13:30 w środy. W innych sklepach jest inaczej, ale nigdzie indziej nie chodzę, bo planowanie nowej wizyty zajęłoby mi zbyt dużo czasu. Zamiast tego pozwalam sobie pospać jakieś 5-9 minut dłużej. Wszystko odbywa się w interwałach. Moje życie toczy się w interwałach od 8 do 12 minut. Funkcjonowanie w takich interwałach, to jak funkcjonowanie muzyczne. Na szczęście, jak wspomniałam, czas spędzony w kolejkach nieustannie się wydłuża, więc wreszcie więcej czasu na myślenie. Wymyśliłam już całą powieść, ale nie mam czasu jej napisać.

Nadal jestem w tym sklepie, do którego weszłam przedwczoraj, żeby kupić kilka podstawowych produktów, takich jak ryż, chleb i banany. Mam nadzieję, że kiedy ktoś nas w końcu wypuści, będę mogła pokazać mu ten notes, choć całkiem możliwe, że i tak nie będzie mógł go przeczytać, żeby się nie spóźnić. Chodzi o to, że sklep jest tak zatłoczony, że nikt nie może do niego wejść ani z niego wyjść. Nikt – w tym kierownicy zmian, sprzątacze i ochroniarze – nie wyszedł na zewnątrz od około dziesięciu godzin, a przecież nie ma nas tu aż tak wielu: zaledwie czterdzieści osób na powierzchni dziewięćdziesięciu metrów kwadratowych, według kamer. Od miesięcy przejścia między półkami stawały się coraz węższe, a każda wizyta w sklepie wydłużała kolejkę o około 4–7 minut, więc to była tylko kwestia czasu, zanim coś takiego się wydarzy. Przestrzenie między półkami są tak wąskie, że nawet dwie osoby potrafią całkowicie zablokować przejście. I właśnie to dzieje się teraz. Sklepy zaczęły już umieszczać na drzwiach tabliczki z informacją o liczbie osób, które mogą jednocześnie przebywać w środku, aby temu zapobiec, ale ta procedura wciąż raczkuje. W końcu sklepy nie są po to, żeby ludzie w nich przebywali, lecz po to, żeby znajdowały się w nich towary. Kasjerzy musieli dostać podwyższone miejsca siedzące, żeby w ogóle mogli się tu zmieścić. Zazwyczaj jest pięć kas, ale tylko przy jednej z nich ktoś pracuje. Pozostałe stanowiska zajmują klienci czekający w kolejce lub pudełka z e-papierosami spadające za kasami. Butelki z alkoholem, które również stoją za kasami, nigdy się nie tłuką — po prostu nie ma na to miejsca. A nawet gdyby któraś z nich upadła, nie miałaby się o co rozbić.


Translacja: Karolina Krasny

Leave a Reply