,,I wtedy pomyślała sobie: tylko dlatego, że raz zadziałało, nie oznacza, że zadziała ponownie.”
(Hanna Krall)
Nic znaczącego się nie wydarzyło
pomiędzy 1999 i 2013 na Ulicy Russkaya w Uzhhorod. Kobieta siedziała nieruchomo, jej umysł wydawał się pusty. Obie dłonie miała mocno zaciśnięte na podłokietnikach fotela. Ramiona trzymała skulone, a nogi mocno zaciśnięte. Czuła jak jej uda podnoszą się lekko, a w dolnej części ciała rozlewa się napięcie. Pot skraplał się na jej czole, kiedy próbowała objąć wzrokiem całą szerokość rozciągającego się za oknem płotu. Kąciki jej ust opadły, zaczęła szybko mrugać. Jak gdyby światło nagle zaczęło krzywdzić jej skórę. Mężczyzna dalej szył, dziecko wydawało się przyklejone do telewizora.
Skoncentrował się na odrazie, która go wypełniała.
Kobieta sapała lekko, delikatnie, bo mięśnie brzucha pozwalały jej jedynie na drobne ruchy. Starała się nie używać za dużo siły, wiedząc, że jest jej potrzebna na później. Mimo że sapanie stawało się szybsze, nikt nie zwrócił na to uwagi. Od czasu do czasu odwracała głowę tak daleko, jak pozwalała jej na to spięta szyja. Starała się jak najszybciej wracać spojrzeniem do okna.
Nie chciała przegapić tej chwili. Lewą stopę pchnęła lekko do przodu, pod kaloryfer; koniuszek kapcia podniósł się z podłogi, potem nagle opadł ponownie, bo sztuczne futerko zsunęło się jej ze skarpetki. Poruszając stopą, czuła jak skóra i resztka ciała ciążą na jej kościach, jak dywan, który wisi na trzepaku, czekając aż ktoś go odkurzy.
Mężczyzna odłożył na bok cerowane ubranie i podszedł do okna, żeby minimalnie podnieść roletę. Kobieta poczuła ulgę i opuściła nogę, która drżała już od wysiłku. Teraz cieszyła się, że ma widok na lewą stronę ulicy, więc od razu zauważy, z której strony nadejdzie On. Poczuła ukłucie strachu, chciała zasygnalizować to mężczyźnie. Dostrzegła jedynie jego odwrócone ramiona.
Przy bramie pojawił się mężczyzna. Wyobraziła sobie, jak natychmiast do niego wybiega, jej ciało porusza się bez wysiłku. Jej oddech przyśpieszył tak bardzo, że słychać go było pomimo szumu telewizora. Chłopiec wiedział, co się dzieje; nie odwrócił się. Mężczyzna dalej cerował ubranie. Kobieta nie poruszyła się, wzrok utkwiła w reklamówce. Ktoś mógłby ją zabrać. Twierdząc, że to jego własność. I miałby na to papier, który by to potwierdził lub może papier nie udowodniłby niczego, ale ten ktoś i tak by go pokazał. I wtedy musiałaby zeskrobać wszystko z dna kuchenki.
Musiałaby zeskrobać ostatnie pięćdziesiąt lat.
Kobieta pociła się obficie; od czasu do czasu podnosiła powoli dłoń, żeby otrzeć sobie czoło. Sprawiało jej to ból, ale nie chciała, żeby pot dostał się do oczu. Chłopak zapauzował grę i wyszedł do ogrodu. Już od jakiegoś czasu przeszkadzał mu brzydki zapach. Mężczyzna podszedł do ogrodzenia, wniósł reklamówkę do środka, rozpakował ją, żeby zawartość mogła trochę ostygnąć, potem wsunął swoje ramię pod ramię kobiety i poprowadził ją do łazienki.
Chłopiec widział to już wiele razy. Obserwował jak stara kobieta gapi się, uśmiecha lub śpi, w międzyczasie robiąc pod siebie.
Opowiedział, co się wydarzyło
ale za wiele nie pamiętał. Tylko główne detale. Wszystko wydarzyło się szybko. Popołudniem kobieta otrzymała telefon. Chłopiec myślał, że to z pracy i że będzie musiała znowu tam pójść. Spała zaledwie kilka godzin i wydawało mu się to niesprawiedliwe. Pracowała od bladego świtu, potem wypuszczali ją do domu, tylko po to, żeby znowu po nią zadzwonić. Chłopiec był całkowicie pochłonięty swoją grą wideo.
Kobieta zawołała mężczyznę z kuchni. Dzwonił Sanyi, coś jest nie tak z Babi. Potem wyszła.
W trakcie dnia chłopiec błąkał się po okolicy, może jeździł na rowerze albo poszedł na duży plac zabaw, żeby się z kimś spotkać. Nie widział jej ponownie aż do późnego wieczora. W międzyczasie kobieta dotarła do mieszkania przy ulicy Szuglo. Drzwi się otwarły, nie przywitali się, po prostu weszli do środka. W salonie, twarzą w dół, na kanapie, leżała siostra jej męża. Babi.
Nie może sobie teraz przypomnieć jej imienia.
Kobieta wypiła butelkę wódki. Od jakiegoś czasu leczyła się na cukrzycę, ale nie odmawiała sobie alkoholu. Leżała nieprzytomna. Jej mąż zaczął się martwić, kiedy na spodniach kobiety rozlały się ciemne ślady, kanapa pod nią zrobiła się wilgotna, a na jasnym dywanie pojawiła się duża plama. To wtedy zadzwonił.
Umyli ją, ale nie reagowała. Zabrali ją do szpitala.
Już w domu, kobieta powiedziała chłopcu, że nie miała pojęcia, co się wydarzy. Leżała w ciszy, od czasu do czasu otwierając oczy, wydawało się, że czegoś potrzebuje, ale jedyne, co mogłem zrobić, żeby pomóc, to przytrzymać jej szyję. Ale może to nie miało znaczenia. Przestraszyłem się, kiedy ratownicy zapytali, dlaczego pozwalaliśmy jej pić. Milczałem. Czy to wymagało tłumaczenia?
Babi umarła kilka dni później.
W pamięci chłopca pozostało tylko jedno wspomnienie: dni, kiedy Babi się nim zajmowała. Nie lubił tych poranków, gdy słyszał, jak jego ojciec wychodzi i momentu, gdy Babi zjawiała się w jego pokoju. Naciągał poduszkę na głowę, udając że śpi, udając że nie zauważa jej obecności. Czasem przypominał sobie słowa ojca: Babi nie potrafi gotować. Przesala mięso, przypala je, dlatego że pije i przykłada ucho do okna, żeby usłyszeć, o czym mówimy.
Nie poszedł na pogrzeb. Nikt mu nawet o nim nie powiedział.
Wraca wcześniej
ze szkoły. Siedząc przy komputerze, rozmawia ze znajomymi przez internet. Słuchawki blokują dźwięk telefonu. Po kilku godzinach, widzi nieodebrane połączenia. Nie jest zaskoczony – takie rzeczy się zdarzają, tak myśli; czasem ludziom po prostu coś umyka.
Głos jego ojca przez telefon jest spokojny, wyważony.
Musi się przesiąść z autobusu nr 77 na 82 na ulicy Komocsy. Nienawidzi tego przystanku. Jeździ tą trasą codziennie po szkole, od wielu miesięcy. Jest za ciepło jak na marzec. Zaledwie miesiąc wcześniej, siedział w restauracji w Mynai, ubrany w gruby płaszcz. Myślał o Ivanie Ilyichu i o tym, jak śmieszne się złożyło, że przeczytał tą książkę zaraz przed pogrzebem.
Na trasie od ulicy Komocsy do Uzsoki, przesłuchuje dwukrotnie Love Yourself. Zna każde słowo na pamięć. Widział też film. Od tamtego czasu, nawet środkowy palec pokazuje inaczej. Od miesięcy słowa piosenek to jedyne, co jest w stanie zapamiętać, zapamiętuje je niemal błyskawicznie. W autobusie, stara się nie myśleć o tym, że na ostatnich przystankach wysiadają już tylko ludzie starsi i niepełnosprawni.
Uderza trzykrotnie w udo. Trzy razy pod rząd. W międzyczasie szepcze sam do siebie: odpukuję w drewno, odpukuję w drewno, odpukuję w drewno. Wszechświat i Bóg milczą. Widzą, że to jest dobre.
Pierwszego dnia przyszedł z ojcem, starał się zapamiętać trasę. To było wiele miesięcy temu, już nie pamięta. Wchodzi przez boczną bramę, do mniejszego, odległego budynku. Okrąża główny budynek, przecina parking, przechodzi obok zapomnianego bloku po lewej, potem kieruje się do kwadratowego masywu. Trzecie piętro. Nie zna numeru pokoju. Liczy swoje kroki. Puka trzy razy.
W pokoju leży kilka kobiet. Podchodzi do łóżka z tyłu, po lewej. Później nie będzie pamiętać postaci swojego ojca, mimo że też tam był. Wyciąga napoje z szuflady przy łóżku, pakuje je do torby. Fanta, Cola, Nestea. W połowie wypita woda mineralna ze stolika.
Na blacie leżą też inne rzeczy, ale tych nie zabiera. W tym czasie kobieta nie spuszcza z niego wzroku. Energicznie potrząsa głową, być może nią kiwa. Reszta ciała pozostaje nieruchoma. Jej oczy zachodzą łzami. Wokół niej poruszają się ludzie. Mogła być ich nawet setka; tego też nie pamięta. Masa ludzi.
Na oknie nie ma ptaków. Z zewnętrznego parapetu wystają kolce.
Myśli, że jutro będzie musiał przynieść to wszystko z powrotem. A jeśli nie jutro, to za parę dni. Kiedy tylko będzie mógł przyjść. Wtedy weźmie ze sobą plecak. Tak będzie łatwiej. A potem przyniesie więcej rzeczy, żeby niczego jej nie brakowało. Kiedy tylko będzie to potrzebne.
Szepcze słowa pożegnania. Macha do kobiety. Ona próbuje coś powiedzieć. Gapi się. Milczy. Na jej spoconej twarzy odmalowuje się strach, pytanie, jakaś wiadomość. Chłopiec nie myśli o niczym szczególnym. Nie jest zaskoczony – takie rzeczy się zdarzają; ludziom po prostu czasem coś umyka.
Wieczorem dowiaduje się, że już nie będzie musiał przychodzić.
Dopiero po dekadzie wyszukał to miejsce na Google Maps: Centrum Gastroenterologiczne.
Wezwania
i zeznanie. teraz mogę oddychać. spiszę wszystko w tym dzienniku, tak jak jest. możliwie szczerze. zdania będą płynąć. urodziłem się sam dla siebie.
czasem się przejaśnia, cichy szept. będę żyć długo. w tej rodzinie umierają kobiety. kobiety umierają za grzechy mężczyzn. pukam trzy razy. nie chcę się bać.
jestem świadkiem mojego własnego życia, które nie jest ani moje ani własne. uwieczniam różne jego aspekty. owijam się w mokrą pościel. już nie muszę się za nich modlić. ludzkość żyje w grzechu. mam się wyspowiadać czy na kogoś naskarżyć, nie wiem.
pracować, dopóki nie opowiem wszystkiego.
Tłumaczenie Nina Sikorska